21. Festiwal Szekspirowski

10 dni / 300 szekspirologów
artyści, aktorzy, animatorzy
twórcy, reżyserzy, krytycy

28 lipca – 6 sierpnia

2017_08_05_70_resize.jpg

9 sierpnia 2017

W tegorocznej edycji Festiwalu wystąpiła łącznie ponad 30 zespołów teatralnych i artystów z 10 krajów (Chin, Wielkiej Brytanii, Ukrainy, Chorwacji, Indii, Rosji, Belgii, Słowacji, Rumunii i Polski). Zaprezentowane zostały spektakle, koncerty, stand-upy i filmy, odbyły się warsztaty, spotkania z twórcami, happeningi i malowanie muralu, a wszystko to w ciągu 10 dni, w 9 różnych przestrzeniach Gdańska i Sopotu.
Festiwalowa publiczność, jak co roku, licznie uczestniczyła we wszystkich wydarzeniach, zarówno spektakle głównego nurtu grane na scenie Teatru Szekspirowskiego, jak i wydarzenia w nurcie SzekspirOFF – grane były przy pełnej widowni.

Festiwal w mediach

Gazeta Festiwalowa Shakespeare Daily

Zdjęcia z Festiwalu:
Wyspa, Pieśń Kozła, fot. Dawid Linkowski
Ludzie Szekspira, galeria portretów Rafała Placka
Tytus Andronikus 2.0 z Hongkongu, fot. Dawid Linkowski
Hamlet z Chorwacji, fot. Dawid Linkowski
Makbet Lustro z Indii, fot. Dawid Linkowski
SzekspirOFF, 27.07-3.08 – galeria zdjęć, fot. Sebastian Góra
Hamlet. Dramma per musica, fot. Dawid Linkowski
Miarka za miarkę, Rosja/UK, fot. Dawid Linkowski
SzekspirOFF, 3-6.08 – galeria zdjęć, fot. Sebastian Góra

Filmy z festiwalu

Festiwalowy Newsletter

Rozstrzygnięcie Konkursu SzekspirOFF 2017

 

Anna Szynkaruk-Zgirska

Miarka-za-miarkę_Cheek-by-Jowl-i-Teatr-Puszkina-w-Moskwie_fot-Dawid-Linkowski_DSCF5085-1200x800.jpg

9 sierpnia 2017

Piątek  4 sierpnia
Gdybym napisała, że bywają sztuki Stratfordczyka, które są dla mnie  nielichym wyzwaniem, to w prywatnym TopTen „Miarka za miarkę” uplasowała by się raczej dość wysoko, jeśli nie „tuż za pudłem” (pozwalając sobie na sportowe kolokwializmy!). Uważa się ją za łatwą, prostą, oczywistą: nic bardziej złudnego! Mami, zwodzi tropami, łudzi. Mimo, że z pozoru wszystko od razu jest proste, klarowne, naoczne i oczywiste jak drzewa w lesie i krzyż nad zakonnym ołtarzem.

W końcu to jedna z  7 lub 9 (zależy, jakie przyjmiemy kryteria) „Sztuk Problemowych”, w dodatku „scenicznie kochana” raczej od niedawna. Łatwiej się na tym tekście reżysersko i aktorsko wyłożyć, niż stworzyć mądry, cenny, ważny i niezwykły spektakl. Declan Donnellan odniósł sukces, choć jest to nie tylko zasługa jego, ekipy i przede wszystkim aktorów moskiewskiego Teatru im. A. S. Puszkina. Jeszcze o tym będzie, na razie powróćmy do naszych owieczek: tych wiedeńskich dworskich, tamtych smutno- szarych z Życiem zawieszonym pomiędzy kratami, kazamatami i łaską Pańską (jak wiadomo na pstrym rumaku swoimi ścieżkami kłusującą, czasem ostro galopującą!), owych obserwujących i czekających…

Książę Vincentio: typ badacza- naukowca- obserwatora- analityka, pełen leków i niepewności. Bardziej od tyranii i siły ceni prawo i obiektywizm. Naprawdę nie ciągnie go do władzy, splendoru, siły i rozkazów. Zostaje przymuszony: urodzeniem, pozycją, prawem dziedziczenia, ściśle zaplanowaną Przyszłością. Z jego pasjami, zainteresowaniami, wyborami nikt się nie liczy: on ma Tylko dorosnąć, objąć Władzę, sprawować Rządy, jak najlepiej poszerzać Dziedzinę. Kogoś dziwi, że się zbuntował i zwyczajnie próbował „zwiać do Mysiej Dziury”? Naprawdę nie ufał prawie nikomu. Mistyfikacja miała być jedynym, prawdziwym i skutecznym probierzem dla (rzekomo najszczerzej i dozgonnie!) lojalnych i oddanych współpracowników.

Mnich z przymusu i konieczności napotkał na swej ścieżce ku Prawdzie iście pstrokatą galerię ludzką. Ponoć przyjaciół się nie wybiera, w biedzie się ich poznaje; zaiste coś w tym jest…

Claudio, niepoprawny szlachcic imprezowicz  żyjący w wolnym stadle z kurtyzaną. Kocha, jest kochany, na swój sposób szczęśliwy. Gdy w wyniku restrykcyjno-purytańskich rządów namiestnika Angelo wylądował w więzieniu, okazał się bardzo pozbawiony pewności siebie. Śmierć, dama piękna w czarnej sukni, która w oczy mu zajrzała, dała mu jednak więcej niż zabrać planowała. Izolacja, strach, rozpacz, rozdzielenie z ciężarną Giuliettą, wizja nie ujrzenia, nigdy nie utulenia owocu ich Miłości. To wszystko spowodowało, że Bon Vivant stał się silnym, odpowiedzialnym, pogodzonym ze swoim losem i uładzonym z życiem Twardzielem. Mało komu chce się już  wyciągać spod stryczka szlachcica, który nie ma fortuny, pieniędzy, wpływów; na dodatek jeszcze afiszującego się miłością do gamratki. Bezpieczniej  go nie znać, przyjaciele odwrócili twarz…

„(…) Inne leki, prócz Nadziei, ludziom nieszczęsnym nie znane niestety(…)”*

W tym miejscu jest jednak ktoś, kto jest swoistym Ludzkim Lustrem dla Claudia: mowa o Barnardine. Morderca od dziewięciu lat czekający na wyrok; zwykle zbyt leniwy i pijany, by być gotowym na randkę z Czarną Damą. Może po prostu fortuny jego wpływowych i bogatych kompanów, przyjaciół, niegdysiejszych zleceniodawców są tak władne i wszechmocne, iż ciągle jeszcze żyje? Skrajny indywidualista, zblazowany i cyniczny filozof, nigdy nie nazbyt poważny błazen w więziennym płótnie. Żyje, choć sam nie wie po co, dla kogo, jaki jest Plan na niego (i czy w ogóle Absolut takowy kiedykolwiek miał?!)…

Giuletta  jako pierwsza odkrywa kim naprawdę jest nietypowy Mnich, świeżo przybyły do więzienia. Jedyny, którego tak naprawdę obchodzą więźniowie, ich losy, historie, drogi wiodące na margines życia. Ona i Claudio są dla niego nie tyle zagadką, co wyzwaniem, celem swoistej prywatnej misji (choć do spełnienia owej zaiste swoistego cudu trzeba będzie: udać się może tylko wtedy, gdy pospołu działać będą Mnich z Księciem!)…

No i najważniejszy element tej Ludzkiej Układanki: siostra Claudia czyli Isabella. Imię równie tajemnicze co postać, choć na pozór oba jednoznaczne… Przyjmując, że równoznaczne z nim jest angielskie Elizabeth, mamy kolejny nietypowy hołd (lubo personifikację!) Gloriany, najukochańszej protektorki. „ Zaprzysiężona Bogu”; hmmm, niech sprostuje to sama Zainteresowana:

„(…) I have the heart of a man, not a woman, and I am not afraid of anything.(…)Fear not, we are of the nature of the lion, and cannot descend to the destruction of mice and such small beasts.(..)”*

Kto powiedział, że (powodowana miłością braterską) nieśmiała pokorna mniszka nie jest w stanie „przejść samej siebie”, by ocalić brata? Nie ma dla niej zbyt wysokich progów, których nie przejdzie lub zbyt szlachetnie urodzonych, którym nie zrobi wręcz „najazdu” na gabinet. Nie skutkuje skromność, potulność i pokora? Groźbą ich weźmy, natarczywością, czasem wręcz napastliwością! To też zawiodło? Zawsze można ostentacyjnie, obrazowo, wręcz przesadnio-dewocyjnie użyć modlitwy; któż się takiemu argumentowi oprze? ( Nota bene ten argument zadziałał nawet na …ateistycznego nadzorcę więziennego…!).

Lecz w wypadku Isabelli, mniszki z wyboru i powołania, poświęcenie ma jednak swoje granice. Brat prawie pogodził się ze śmiercią, zaakceptował sytuację. Jednak, gdy usłyszał cenę, jaką mogło by mieć jego życie, gdyby mu je jednak darowano, zwyczajnie „stanął okoniem”! Bowiem Siostra (nawet w imię życia, wolności i bezpieczeństwa Brata!) ani myślała poświęcić godność, przyzwoitość, czystość sumienia czy dobre imię! To były wartości immanentne, najważniejsze, określające ją jako Człowieka. Szczerze mówiąc ni grama jej się nie dziwię. W szekspirowskim Wiedniu Prawo uśpione trwało, Wartości wymarły śmiercią naturalną lub zabił je Pieniądz i Kariera. Władza w osobie Namiestnika zaostrzyła przepisy, nałożyła kary i restrykcje, pokazowo zaludniała więzienia, czerwieniła topory i osłabiała gałęzie drzew. Angelo anielskim i czystym był tylko z imienia. W tak zdemoralizowanym świecie nawet słaba i delikatna łania stanie się Lwicą, by obronić to, co ją tworzy i stanowi: Dusze, Serce, Honor. Zasady i kręgosłup moralny stają się pancerzem Wojowniczki, by chronić Kobietę…

Declanowi Donnellan wyszedł ważki, cenny i ważny moralitet sceniczny o tym, co zawsze jest nieprzemijające, najważniejsze i istotne dla każdego z nas. O wartościach, zasadach moralnych, wyborach i cenie, którą za nie płacimy (jeśli w porę nie skalkulujemy strat, wydatków i kosztów). Kruchości ludzkiej natury, przy jednoczesnym jej harcie i sile życia. Szczerość i Prawda jednak się opłacają, tylko, by się powiódł mariaż tychże, musi być spełniony jeden warunek: do tego potrzeba jeszcze dwóch składników, nader rzadkich i istotnych. Wiary i wielkiej Odwagi Cywilnej. By postawić się i „wziąć za bary” to, co akurat tego wymaga: życie, ludzkie szkodniki, własne słabości. Bo jesteśmy – tylko lub aż!- Ludźmi, zależy jak na to spojrzeć…

Fundamentem sukcesu moskiewsko – londyńskiego jest fenomenalne wręcz zgranie, porozumienie, zsynchronizowanie zespołu aktorskiego Teatru im. A. S. Puszkina. Im po prostu daje się grać, tworzyć, „oddychać tekstem i postacią”; efektem była półgodzinna Standing Ovation, najszczerzej zapracowana i zasłużona! Wyróżnić kogokolwiek oznaczało by skrzywdzenie reszty: w tej „Miarce za miarkę” nawet maleńkie epizody są maleńkimi drobiażdżkami, dopracowanymi co do szczegółu. S-P-E-C-T-A-C-U-L-A-R…!

Declan Donnellan wyreżyserował arcytrudny i zawiły spektakl tak, że za „Miarką…” tęskni się jeszcze będąc na widowni w czasie braw. Nick Omerod stawiając pięć czarno-czerwonych kubików, uczynił scenografię tyleż uniwersalną, co praktyczną; pozostawił przestrzeń dla słowa, emocji i ruchu. Sergey Skornetskiy umiejętnym operowaniem górnym światłem (tylko i wyłącznie, co nie jest łatwe, proste, tym bardziej oczywiste!) domalował i stworzył resztę. No i te nuty Pawła Akimkina, ten przylepiający się do uszu i duszy widza niesforny szalony walczyk…

Dokładnie takie przysmaki teatralne Tygrysy kochają nad miarę! Lecz czy mogło być inaczej? W końcu to sami aktorzy swojemu ukochanemu Reżyserowi sprawili prezent na 64 urodziny: dar z gatunku najpiękniejszych, najcenniejszych, najkunsztowniejszych. Zasię Jubilat prezentem szczodrze podzielił się z nami wszystkimi: uwierzycie, że za chwilą otwierania Tego Dachu można tęsknić i cieszyć się jak chaplinowski Brzdąc, niezależnie od wieku i metryki…?!

*     William Shakespeare „Miarka za miarkę”, tłumaczenie Stanisław Barańczak; Claudio, III,1
*     http://tudorhistory.org/elizabeth/, https://www.britannica.com/biography/Elizabeth-I

Anna Rzepa-Wertmann

Miarka-za-miarkę-reż.-Declan-Donnellan-fot.-Dawid-Linkowski-1200x800.jpg

7 sierpnia 2017

Historia w Miarce za miarkę jest z pozoru prosta i zdaje się, że reżyser Declan Donnellan ulega złudzeniu, a co więcej – postanawia wyprostować wyprostowane, doprowadzając tym samym do zgubnego – na poziomie zarówno konceptualnym, jak i estetycznym – przeprostu.

Szekspir podarował ludziom teatru scenariusz do straszno-śmiesznego, a jednocześnie wstrząsającego i metafizycznego thrillera, którego mięsisto-sensualny język – jeśli mu nie przeszkadzać – właściwie załatwia sprawę erotyki i dowcipu. Wydaje się jednak, że brytyjski twórca nie za bardzo potrafi odnaleźć się pośród wszechobecnych żartów i lubieżności, dlatego najzabawniej i najbardziej nieprzyzwoicie jest w jego spektaklu na ekranie (tym z napisami). Tam zostaje ucieleśniony grzech, podczas gdy na scenie obserwujemy nijakie miasto, które nie płonie ani z pożądania, ani ze wstydu. Nawet kurwy są tutaj podejrzanie nieszekspirowskie – jakby wypożyczone od innego dramatopisarza, który seksualny underground zna co najwyżej z – raczej słabych – opowiadań.

Główny zamysł inscenizacyjny Donnellana polega na przeniesieniu akcji z Wiednia w przestrzeń uniwersalną, która – wiadomo – istnieje tu i tam, trwając w bezczasie; wydaje się na wskroś metafizyczna, a jednocześnie zaskakująco przyziemna; każdy może się z nią utożsamić i powiedzieć na przykład: „tu jest Polska!” albo „Rosja to więzienie”. Scenografia ogranicza się do kilkunastu modnych lamp i pięciu czerwonych kubików, które – wraz z postaciami mniej lub bardziej statecznie tkwiącymi (tylko w tej scenie) w ich wnętrzach – w pewnym momencie zostają wprawione w ruch, tworząc tym samym obrotową metaforę ludzkiego uniwersum, którego rytm wyznaczają naprzemiennie albo – jak kto woli – jednocześnie seks (grzech) i modlitwa. Książę i jego koledzy (panowie od polityki) chodzą w garniturach, kontrastując z barwnym tłumem rzezimieszków, obłudników, duchownych, pijaków i zwykłych, trochę pobożnych, a trochę grzesznych obywateli. Osobną grupę tworzą policjanci we współczesnym umundurowaniu, którzy naprawdę się zarówno reżyserowi, jak aktorom udali. Pokazanie dynamiki tłumu i synekdotyczne obrazy rozkładu sił w mieście/państwie to zresztą najciekawsze elementy spektaklu, który udając zmyślną i uniwersalną satyrę na polityków, staje się – niestety – mdły.

Co istotne, Donnellan mimo dramaturgicznych skrótów pozwala wybrzmieć elżbietańskiemu pisarzowi, a widzom poddać się starej opowieści o dwulicowej władzy, prawie podatnym na instrumentalne interpretacje, lisiej świętości i mikrokosmosie płatnych uciech. Jest to jednak Szekspir zdławiony i poskromiony. Reżyserowi nie udało się bowiem balansowanie między wpisanymi w tekst paradoksami ani wydobycie obecnego w nim mięsa.

Alicja Müller

***

Miarka za miarkę, reżyseria: Declan Donnellan, Cheek by Jowl (Wielka Brytania) i Teatr Puszkina w Moskwie (Rosja)

Shakespeare Daily

O-nic-reż.-Natalia-Orkisz-fot.-Sebastian-Góra-www.sebastiangora.com_.jpg

7 sierpnia 2017

Jeszcze nie umilkł tupot żołnierskich kroków, a już ojciec ściąga troki gorsetu weselnej sukni Hero. Bohaterka całego zamieszania stoi nieruchomo i, niczym Gombrowiczowska Iwona, patrzy – choć swoją milczącą obecnością bynajmniej nie jest w stanie zmienić relacji rządzących mesyńskimi bohaterami.

Wiele hałasu o nic to kolejna komedia wystawiona w ramach tegorocznego Festiwalu Szekspirowskiego, po bodaj najbardziej oczywistym Poskromieniu złośnicy, które można przeczytać kluczem feministycznym. W przeciwieństwie do Katarzyny, napiętnowanej za bezceremonialne wyrażanie emocji i poglądów, Hero to bohaterka niewyemancypowana – milcząca, wycofana, wklęta w patriarchalny model, w którym zaślubiny są usankcjonowanym rodzajem transakcji. Feministyczny walor utworu wzmacnia wielka intryga z domniemanym zbrukaniem cnoty i zdradą w tle. Z opisu zawartego w programie wynika, że reżyserka postanowiła się przyjrzeć przyczynom alienacji protagonistki (a jeżeli coś wynika przede wszystkim z programu, to jest to niespecjalnie pomyślna diagnoza).

Owszem, postacie znajdują się w sytuacji paraliżu komunikacyjnego. Świadczy o nim nawet scenografia, której dominantę stanowi zdewastowane pianino. W tym świecie dotychczasowy porządek został zaburzony. Hero, na ogół niema, raz przeczyta kwestię z kartki, jakby recytowała swoją kobiecość i, najogólniej, człowieczeństwo – ten trop jednak zaraz się urywa. Nieproporcjonalnie dużo scenicznego czasu zajmuje scena balu, rozegrana w prawie całkowitej ciemności, przy wykorzystaniu zwierzęcych masek. Można ją interpretować jako próbę nawiązania kontaktu „wbrew” słowom czy też „pomimo” słów. Fizyczny aspekt gry aktorskiej stanowi zresztą niezwykle ważną część spektaklu. Trącące sztucznością przekomarzanki Benedicka (Kacper Lech) i Beatrycze (Dominika Handzlik) przetykane są momentami, w których zalotnicy oddają się cielesnej ekspresji. W podobny sposób skonstruowano scenę oficjalnego przekazania oblubienicy Claudiowi (Marcin Urbanke). Hero (Grażyna Sobocińska) nie wypowie ani jednego słowa, mimo to onieśmiela przyszłego małżonka natarczywością, uporczywie wodząc za nim wzrokiem i zmuszając do przyjmowania nienaturalnych pozycji. Prawda stara jak teatr – w fizycznym działaniu zawiera się wszystko, czego nie zdołają pomieścić słowa.

Ów zalążek pomysłu nie został jednak dostatecznie rozwinięty. Gdzieś się rozmydla Szekspirowska intryga. Rozumiem, że reżyserka chciała zbadać jedynie wycinek całości, ale bez wyraźnie zarysowanego wątku fałszywego oskarżenia i jego konsekwencji słabnie oskarżycielski potencjał inscenizacji. Przedstawienie zostało rozegrane w śmiertelnej powadze (zręczne manewrowanie między serio a buffo wzmocniłoby przekaz; nie bez przyczyny w humanistyce tyle uwagi poświęca się powadze ironii). Całość uzupełnia przyjemna dla ucha ścieżka dźwiękowa z piosenkami Beatlesów i Fleet Foxes – słowa utworów są jednak zbyt ilustracyjne, a co za tym idzie – sprzyjające jednotorowej interpretacji.

Wreszcie nadchodzi finał – dla mnie niezrozumiały, choć jeśli ktoś przekona mnie do konkretnego odczytania, uderzę się w pierś. Leonato (Roman Gancarczyk) zamyka przestrzeń gry, zmieniając ustawienie pianina. Siada obok instrumentu, w milczeniu spogląda w dal. W tle pląsają balowicze – choć, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, należałoby powiedzieć: żałobnicy. Zapada ciemność, nie nadchodzi oczyszczenie. Zamiast alkowy – niepokojąco roztańczona krypta. Co dalej…?

Agata Tomasiewicz

***

O nic, reżyseria: Natalia Orkisz, PWST w Krakowie (Polska)

Shakespeare Daily